McDonald. Wielkie , neonowe, żółte M widnieje ponad linią lasu. Jaś już nie może usiedzieć na miejscu. Wyobraża sobie smak tego delikatnego, smażonego na tłuszczu wielokrotnego użycia, kawałka kurczaka. Potem będzie już mógł spokojnie uznać podróż za udaną. Samochód zatrzymuje się przy okienku McDrive a mama chłopca składa ogromne zamówienie. Kolejka zdaje się nie kończyć, a kiedy w końcu pojazd dociera do małego okienka, okazuje się że trzeba poczekać. Jaś ledwo trzyma nerwy na wodzy i kiedy jest tuż, tuż od wybuchu...'Kelnerka' podaje posiłek. Zadowolony rodzice (bo dziecko już nie piszczy) i Jaś ruszają w dalszą drogę samochodem, którego wnętrze wypełnia ten specyficzny zapach smażonego kurczaka i zjełczałych ziemniaków.
Nie wiem jak wy, ale ja chyba nigdy nie pojmę fenomenu tej pseudo restauracji. Nic tylko wydawanie pieniędzy, na coś zupełnie niewartego zjedzenia. Niezdrowe dania, ociekające tłuszczem i do tego Coca Cola Light? No proszę, cóż za niedorzeczność! Po co, pytam się po co, wdawać miliony na nasze późniejsze choroby. Lepiej oszczędzać na leczenie, ale jeśli będziemy mniej wydawać na śmieciowe jedzenie, tym większe prawdopodobieństwo, że zamiast tułać się prywatnych lekarzy (na państwowych myślę że nie ma co liczyć, znając moje pokolenie) będziemy mogli wyjechać na Karaiby (czy inne tropiki). Dla mnie jest dość oczywistym, że poświęcenie niewiele dłuższej chwili (BŁAGAM W MACKU SĄ KILOMETROWE KOLEJKI)na przygotowanie posiłku samodzielnie sprawi nam nie tylko więcej radości, polepszy kondycję (zależy co, nie mówię tu o tradycyjnych polskich pizzach), a także pomoże zrelaksować się i dać sobie chwile wytchnienia po męczącym dniu, zanim nie będziemy zmuszeni ponownie zasiąść do komputera choćby dlatego, że nauczyciel polskiego zadał, kolejną w tym miesiącu ,wypowiedź argumentacyjną do napisania 'na wczoraj'.
Chcąc powoli podsumować, zaznaczam ,że chyba nikt do końca nie wie, co dzieje się przed trafieniem i już w samej restauracyjnej kuchni, z jedzeniem, które później będziemy spożywać. Zaryzykuję stwierdzenie, że większość pamięta czasy, kiedy to urodziny urządzało się w Macku i jeśli nikt choć raz nie organizował ich tam, to na pewno na takich był. Co uważano za punkt główny? Zwiedzanie kuchni i muszę powiedzieć, że średnio pamiętam co się tam działo. Myślę, że gdybym była choć trochę starsza, nie popełniłabym tego błędu i nigdy więcej nie wybrała się do żółtego fast fooda. A czy wy wiecie, co się dzieje z tym jedzeniem zanim trafi do was? Nie polecam się zastanawiać, jeśli macie zamiar jeszcze tam iść.
Na koniec NAWOŁUJĘ WSZYSTKICH! UCZCIE SIĘ CHEMII (bo nauka to potęgi klucz...czy jak to tam szło. Nie nie o to mi teraz chodzi) bo jadając w McDonaldzie to zjadacie całą tablicę Mendelejewa.
No to na tyle...chyba, więc pozdrawiam was kochani i życzę miłego dnia/ wieczoru czy czego tam sobie chcecie!
wchodzę i wchodzę i wciąż brak notki :(
OdpowiedzUsuń